17.10.2017

IDZIE DZIECKO DO PRZEDSZKOLA

Okiem Taty

Pierwsze dni pobytu w przedszkolu to duże przeżycie. Silne emocje, czasami zakrapiane łzami. Placówka niewątpliwie zapewni wiele nowych wrażeń, przygód, lekcji życia. Pytanie tylko, kto bardziej to przeżywa: dziecko, czy rodzic?

Pani Kasia kontra pani Beatka

Gdy mój syn szedł po raz pierwszy do przedszkola, wróciły do mnie wspomnienia. Niby głęboko zagrzebane na strychach pamięci, a jednak na hasło: przedszkole, szybko wyszły na światło dzienne. Kożuch na mleku, worki na kapcie, tortura leżakowania, zabawki z drewna, kolorowe klocki z kiepskiego plastiku (te białe okienka wyglądały jak więzienne kraty!), chodzi lisek koło drogi, dobra i piękna pani Kasia i sroga pani Beatka. Oraz ten wielki płacz, kiedy dotarło do mnie, że teraz zostanę sam w nowym, nieznanym miejscu, bo mamusia musi iść do pracy. Wielki płacz i wielki lęk. Szybko oczywiście okazało się, że więcej tam zabawy, przyjaźni, śmiechu niż powodów do strachu (eh, ta pani Beatka). Jednakże wyrwanie z ciepła oraz przytulności domowych pieleszy i wrzucenie w karby zimnej placówki wychowawczej na zawsze pozostawiło ślad. Nie dziwił więc dreszcz przebiegający po plecach, gdy pierwszy raz odprowadzałem dziecko do przedszkola.

Zamykają się drzwi

Trudno powiedzieć, dla kogo była to sytuacja bardziej stresująca. Dzieci to przecież istoty bardzo elastyczne, z łatwością wchodzą w nowe sytuacje i miejsca. Choć nie zawsze, różne są wszak dzieciaki, różne przechodzą etapy. Na szczęście mój chłopak do chorobliwie nieśmiałych nie należy. Trochę się ociągał, trochę popłakał, ale poszedł. I zamknęły się za nim drzwi. Mój Boże, jak ja to przeżyję!? Z jednej strony poczułem ulgę: bo już miałem dość ciągłego łażenia mi po głowie, jak dzień długi (a noc krótka), ale... to boli. I to bardzo! Mój syn zaczyna wieść swoje, osobne (do godziny 16.00) życie. Jeszcze wczoraj jego obecność była tak intensywna, a nagle jest go tak mało. A najgorsze, że mam ochotę powtarzać rodzicielski frazes: „Jak szybko płynie ten czas!”.

Nie martw się, tato!

Więc się martwię. Martwię się, jak sobie poradzi. Martwię się, czy nie będzie za bardzo tęsknił. Czy nie będzie wielkiego płaczu. Czy nie spotka pani Beatki. Kożucha na mleku?

Niepotrzebnie.
– Jak było w przedszkolu, synku? – pytam.
– Fajnie, idziemy do piaskownicy?
I tyle? Nie, jasne, że nie. Okazuje się, że jest taki Franek, co ma taką samą czapkę, a Oscar
biegał i się wywalił. I nikt nie jadł zupy, bo była obleśna. Ale makaron tak. I deserek.
– No dobrze, ale nikt cię nie bił? Nie zaczepiał? Nie chciało ci się płakać? Nie tęskniłeś?
– Tęskniałem. Kupis mi lody?
– Przecież miałeś deserek!
– Tak, ale w psedskolu, a psecies obiecałeś, nie pamiętas?

 


O czym zapomniałem

Jest jeszcze strona techniczna całego przedsięwzięcia i nieuniknione właściwie pytanie: o czym zapomniałem? Ja, osobiście o pościeli. Pamiętałem o kapciuszkach, o zmianie bielizny, o czymś ciepłym, czymś na deszcz. O poduszce pamiętałem i o ręczniczku. A o pościeli nie. Więc jazda do domu, jazda znowu do przedszkola i dopiero jazda do pracy, z jęzorem zamiast krawata. Następnym razem będę pamiętał! Przynajmniej o pościeli. Bo niekoniecznie o ręczniczku, gdy po tygodniu trzeba będzie przynieść świeży. Niekoniecznie o kapciuszkach po przerwie świątecznej. Cóż, samo życie. I ono właśnie wygrywa. Bo te codzienne odprawy do przedszkola szybko stają się rutyną, sekwencją tych samych ruchów i półzbrojnych konfliktów (Ja nie ce tych spodni! Te skalpetki gilgocą! A cemu nie kalose?) wpisanych na trwałe w codzienność. Przynajmniej do czasu przejścia na kolejny poziom, czyli wyprawę do szkoły. Ale to dopiero przed nami, nieprędko, choć właściwie... za chwilę.

 

Tata Kuba

 


wróć do listy porad