20.05.2019

NIE(ULUBIONE) ZABAWY

Okiem Mamy


- Mamo, masz mówić Panem! – oświadczał mój syn, odkąd nauczył się wypowiadać pierwsze słowa. Hasło to, połączone z wręczeniem ludzika z Lego, budziło (i nadal budzi) mój niepokój. Bo oto rozpoczyna się kołowrotek niekończącego powtarzania identycznego dialogu, np. Pana Policjanta z Panem Złodziejem, Pana Złodzieja z Panem Generałem – konfiguracja dowolna.

Czy Wy też czasami macie dość „mówienia” zabawkami? A może macie więcej „nieulubionych zabaw”? Ja tak.

W bezpiecznym schemacie

Mozolnie i wielokrotnie powtarzam te same frazy. Nie zmieniam ani słowa, bo zaraz zostaję
przywołana do porządku.
– Ojej, ktoś ukradł moją kiełbasę i czekoladę. Policja, proszę złapać złodzieja! – wygłaszam kwestię Pana Okradzionego.
– Jest tam! – oświadcza mój syn Panem Policjantem i ruszamy w pościg. Kiełbasa i czekolada znajdują się zawsze pod tym samym klockiem, ukrytym dla bezpieczeństwa pod misiem. I tak w kółko. Bo w tej zabawie chodzi o porządek i schemat. I ciągłe przeżywanie na nowo tych samych emocji: bliskości w zabawie z mamą i (jak mniemam) poczucia sprawiedliwości w świecie klocków Lego.
Odkryłam to niedawno, czytając książkę „Rodzicielstwo przez zabawę” Lawrence J. Cohena i zrobiło mi się ciepło na sercu. Ale mimo tej wiedzy, nie polubiłam „mówienia Panami”.
I akceptuję ten stan. Lubię natomiast tworzyć z Lego, Duplo albo z drewnianych klocków – wymyślne budowle, szkoły, garaże, rakiety kosmiczne. Zapominam wtedy o całym świecie i konstruuję wraz z synem całkiem niezłe projekty.

 

Do poduchy

Uwielbiam czytać moim dzieciom. Zwłaszcza starszemu synowi, który ma już cztery lata. Sprawia mi to prawdziwą frajdę. Szczególną sympatię zdobyła u mnie współczesna i bardzo życiowa seria o przygodach Basi (myślę, że jest pisana trochę pod rodziców) oraz urocza Ulica Czereśniowa i inne publikacje z wydawnictwa Dwie Siostry. Natomiast skandynawskie historie o Nusi, Albercie i Stinie z wydawnictwa Zakamarki, najbardziej przybliżają mi mglisty już świat własnych, dziecięcych emocji.

 

 

Staram się podsuwać Vincentowi rozwijające historie. Zdarza się jednak, że na kołderce ląduje paskudnie wydana książka o ciężkim sprzęcie budowlanym i ją również muszę przeczytać. Obiecuję sobie wtedy, że zniknie z naszego domu (tak, cichaczem pozbywam się niektórych nielubianych zabawek i nieudanych prezentów). Lecz gdy widzę, z jaką radością mój syn śledzi poczynania mówiącego wozu strażackiego, mięknie mi serce i dzielnie czytam.
Chciałabym, aby Vincent wybierał jedynie pięknie wydane książeczki, rozpoznawał dobry design i słuchał ambitnej muzyki. Niestety. Mój syn lubi także mówiące ciężarówki we wszystkich kolorach tęczy, podśpiewuje „Ona tańczy dla mnie” i „Przez twe oczy zielone” – bo to nucą przedszkolaki. A ja nucę i czytam razem z nim.

Plac zabaw

 

Pobyt ze starszakiem na placu zabaw to prawie relaks. Siadam na ławce i z miłością obserwuję, jak mój syn zdobywa kolejne sprawności. Albo też zupełnie pochłania mnie rozmowa z sąsiadką i raz na jakiś czas, niczym mama małego jelonka, podnoszę głowę znad traw, namierzam obiekt i wracam do konwersacji. Jednak, odkąd mój młodszy syn zaczął raczkować, plac zabaw przestał być moim ulubionym miejscem. Nie, nie jestem mamą, która nie pozwala się brudzić. Ale tak: jestem mamą, która boi się, że roczny Tytus rozkwasi sobie nos, rozetnie głowę albo ukruszy swój zupełnie nowy ząbek. Ten ostatni przypadek niestety mamy już za sobą. Roczniak na placu zabaw to dla mnie gonitwa, asekurowanie, łapanie, trzymanie, ściąganie wierzgającego ciałka z drabinek i popis logistyczny podczas transportu do domu. Plac pokocham ponownie, ale pewnie dopiero za kilka lat. Poczekam.

 

Mama Sylwia

 




wróć do listy porad