23.03.2019

KLOCKI Z DREWNA VS PLASTIK: CO WYGRYWA?

Okiem Mamy


Uwielbiam dobrze zaprojektowane, drewniane zabawki dla dzieci. Mamy w domu kilka takich perełek – piękne samochodziki z lawetą i oldschoolowego mini kogucika niczym z noweli Marii Konopnickiej oraz przemyślane gry edukacyjne. Mamy też zwykłe drewniane klocki. Trochę mniej masywne niż te, które pamiętam z dzieciństwa, ale równie pocieszne.

Na placu budowy

Budowanie zamków, boisk i jednostek straży pożarnej z drewnianych klocków za każdym razem przenosi mnie w rejony umysłu odpowiedzialne za najtkliwsze wspomnienia z dzieciństwa. Mam bardzo dobrą pamięć do szczegółów z dalekiej przeszłości. Pamiętam wszystko: lampkę, która oświetlała kącik zabaw, kolor dywanu i wzorek na góralskich papciach. Tak więc wzruszam się i buduję. Choć nie zawsze jest tak sielankowo. Czasem procesowi twórczemu towarzyszą łzy i zaciśnięte piąstki mojego syna: bo znów coś nie wyszło, znów się przewróciło, a mama nie zrozumiała, że wjazd miał być z tej, a nie tamtej strony. Może przez chwilę była gdzie indziej?

 

Drewno kontra plastik

Drewno to dobre remedium na wszędobylski plastik, któremu ostatnio wypowiedziałam małą wojnę. Nie, nie jestem jak Bea Johnson - guru ideologii „zero waste”, która przez trzy lata wyprodukowała wraz z czteroosobową rodziną słoik śmieci (sic!). Staram się jednak mocno ograniczać plastikowe opakowania i przede wszystkim zwracać uwagę na to, że plastik jest WSZĘDZIE. O ile jednak sama mogę wybrać krem do twarzy w szklanym opakowaniu zamiast typowego PET 1, tak niestety nie mogę sięgnąć np. po… drewniane klocki Lego. Bo takie po prostu nie istnieją.

 

 

Nie jestem jednak ortodoksyjna. Czasami kupuję synowi wymarzony zestaw Lego City, bo to porządne zabawki, na które jestem gotowa wydać pieniądze. Przede wszystkim są one wykonane z lepszego rodzaju plastiku, który jest praktycznie niezniszczalny, można prać go w pralce, a miejska legenda głosi, że ponoć rozpuszcza się w przewodzie pokarmowym (nie wierzę w to :). W głębi duszy chciałabym, żeby Vincent miał kilka zabawek wykonanych z naturalnych materiałów, najlepiej z drewna, tak jak w przedszkolach waldorfskich. Z drugiej jednak strony wiem, że nie żyjemy w próżni i bombardują go najróżniejsze bodźce (mimo, że nie mamy w domu telewizora). Wiem też, że nie chciałabym, aby mój syn był odludkiem i nie wiedział czym są Minionki.

Zakazane zabawki

Istnieje jednak pewna granica. Wyznaczyłam ją dla taniego, cuchnącego, łamiącego się plastiku oraz ogłupiających wytworów, które z niego powstają. Wszystkie małe piłeczki, ludziki „nie wiadomo skąd”, bezsensowne układanki z czterech elementów, nieszczelne i wiecznie nasiąknięte wodą zestawy klocków kąpielowych z folii i gąbki oraz cała „drobnica”, która tajemniczym strumieniem wpływa do naszego domu i za moim pośrednictwem z niego wypływa.

Wentyl

Nie zawsze jestem święta. Obok mnie leżą dołączone do dziecięcej gazetki piłkarskiej mini piłkarzyki. Tak, kupiłam je. Tak, byłam niekonsekwentna. Nie uważam, że konsekwencja jest zawsze dobra. Często jest trochę wyświechtanym argumentem używanym przez osoby, które nie mają dzieci. Ale o tym może innym razem. Bo zestaw nadal leży obok mnie. Niczym wyrzut sumienia, chciałoby się dodać. Dlaczego zrobiłam wyjątek? Mój syn miał bardzo ciężki dzień, był przesmutny po kolejnej wizycie u dentysty i pomyślałam, że skoro czasami sama kupuję sobie coś na pocieszenie, to tym razem zrobię wyjątek. Kuleczkę do piłkarzykowej gry trzymał dwie godziny w spoconej rączce podczas długiej jazdy samochodem. Gdy się obudził, zapytał od razu: „Mamo zagramy w piłkarzyki?”. Zagraliśmy trzy rundy.


Mama Sylwia




wróć do listy porad